Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 890 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kliknij na: DNI ŻEGLUGI

Zdjęcia w galeriach.


10.07 - Mam wątpliwości: czy jestem na Alasce blisko lodowców, czy na Hawajach?

 Tanslate this page

Alaska - glaciers pictures from sailboat "Varsovia"Film: "Alaska - glaciers, pictures from the sailboat "Varsovia"
 

Pół godziny po północy, w gęstej mgle mijam niewidoczny w tych warunkach przylądek Puget. Swoją dokładną pozycję geograficzną znam tylko z GPS a radar dodatkowo pokazuje mi wszystko to co pływa po wodzie oraz dobrze widoczne kontury linii brzegowej.

Mając na jachcie tak przydatne przyrządy nawigacyjne, z jednej strony czuję się dość bezpiecznie ale z drugiej strony, świadomość że mam na jachcie całą moją najbliższą rodzinę spokojnie śpiącą i nie zdającą sobie sprawy z zagrażającego niebezpieczeństwa, powoduje że chodzą mi po głowie różne czarne myśli, które normalnie podczas samotnej żeglugi nie są analizowane w mojej świadomości.

W pewnym momencie, na ekranie radaru widzę coś niedużego  szybko płynącego w moim kierunku. Zadaję sobie pytania: czy ten ktoś ma radar i czy mnie widzi? Czy mnie ominie? Wychodzę na pokład i staram się coś zobaczyć. Niestety nic nie widzę, czuję się jak gdybym był w butelce mleka bo dookoła wszędzie jest biało. Środek alaskowej nocy, to znaczy szarówka z mleczną mgłą.

Wytężam mój wzrok ale niestety widoczność jest nie dużo lepsza niż długość mojego jachtu. Na szczęście widzę na ekranie mojego radaru, że płynący kolizyjnym kursem stateczek chyba zauważył mnie bo zmienia swój kurs i omija mnie. Oddycham z ulgą, dobrze że ten ktoś nie spał i obserwował ponieważ ja z możliwościami manewrowymi mojej „Varsovii”, w tej sytuacji w celu uniknięcia kolizji niewiele mógłbym zrobić.

Chwilowo, jeden problem mam za soba ale następny jest przedemną: gdzie zatrzymać się na noc i jak bezpiecznie w takiej mgle wpłynąć na kotwicowisko? Żegluga całonacna w wąskiej cieśninie ze zmieniającymi się silnymi prądami raczej nie wchodzi w rachubę. Bujanie się na otwartej wodzie i czekanie na poprawę warunków też nie jest najlepszym rozwiązaniem.

Jedyne możliwe kotwicowisko na Wyspie Elrington ma szerokie wejście ale głębokości są tam dość duże. Oznacza to że będę musiął kotwiczyś bardzo blisko brzegu pomiędzy niezbyt dokładnie oznakowanymi na mapie skałami, niewidocznymi podczas nocy szczególnie w gęstej mgle.

Nie mam wyboru i polegając tylko na radarze, z pełnę predkością, żeby jak najszybciej położyć się spać, wpływam do zatoki. Z wielkim zdziwieniem widzę na ekranie radaru kilka wyraźnych punktów w różnych miejscach zatoki. Zastanawiam się, które z tych punktów są jednostkami pływającymi stojącymi na kotwicach a które są słabo oznakowanymi skałami. Ja mam ten problem do rozwiązania ale Ela i Marek, którzy spokojnie sobie śpią w forpiku skąd słychać ich głośne chrapanie, problemu takiego nie mają bo nic nie wiedzą, tylko we śnie przewracają się z boku na bok.

Ostrożnie, już ze zredukowaną prędkością płynę po wodach kotwicowiska. Przez rozrzedzającą się chwilami mgłę dostrzegam światła kotwiczne jakiegoś dużego jachtu a za nim coś innego również stojącego na kotwicy. Lawiruję pomiędzy nimi i szukam miejsca na rzucenie mojej kotwicy ale głębokości dla możliwości „Varsovii” są tutaj zbyt duże. Płynę prosto na niewidoczny we mgle brzeg. Mój radar przełączyłem już na najmniejszy zakres. Już mam tylko kilkadziesiąt metrów do nieznanego mi brzegu ale sąda nadal wskazuje mi za duże głębokości na bezpieczne kotwiczenie. Znowu czarne myśli chodzą mi po głowie: czy najpierw uderzę dziobem w brzeg czy kilem zawadzę o dno? Wreszcie o godzinie 2:40 na bazpiecznej głębokości zatrzymuję jacht, włączam małe obroty biegu wstecznego i biegnę na dziób żeby rzucić kotwicę.

Odgłosy mojego biegania po pokładzie i dźwięk wyrzucanego za burtę łańcucha kotwicznego budzi śpiącą Elę. Zadaje mi ona pytania: gdzie jesteśmy i czy może mi w czymś pomóc? Odpowiadam, że wszystko jest OK! Pytam ją: jak się czuje i czy choroba morska już jej przeszła? Patrząc na nią, widzę że wygląda dobrze i poróciła już do życia. Natomiast ja myślę tylko o położeniu się spać.

Po kilku godzinach spania budzę się i wyglądam na pokład. Widzę piękny słoneczny dzień. „Varsovia” spokojnie buja się na kotwicy bardzo blisko brzegu. Gdybym wpływał tutaj podczas dobrej dziennej widoczności, prawdopodobnie oceniłbym że stanie na kotwicy tak blisko brzegu nie jest zbyt bezpieczne i zakotwiczyłbym trochę dalej od brzegu.

O godzinie 11:45 podnoszę kotwicę i ruszamy dalej. Sprzyjający prąd dodaje nam prędkości w wąskim kanale Prince of Wales Passage. Słońce, które Ela „przywiazła” do oglądania lodowców grzeje bardzo dobrze. Całą rodziną siedzimy w kokpicie, podziwiamy widoki i opalamy się w strojach plażowych. Chwilami mam wątpliwości czy jestem w tym momencie na Alasce blisko lodowców, czy na Hawajach, tak jak rok temu o tej samej porze roku kiedy to żeglowałem „Varsovią” po wyspach hawajskich.

Wyjmuję na pokład mapę generalną Prince William Sound do którego właśnie wpływamy. Wspólnie analizujemy nasze plany, zastanawiamy się co chcemy zobaczyś, które lodowce są ciekawsze i co jest dla nas możliwe do zrealizowania przy naszych ograniczonych możliwościach czasowych. Mamy tylko tydzień do żeglowania. Następnie będziemy musieli zostawić gdzieś „Varsovię” na ponad dwa tygodnie, to znaczy na okres czasu, samochodowego wspólnego zwiedzania środkowej Alaski oraz mojego krótkiego powrotu samolotem do Vancouver w celu „obrobienia” spraw zawodowych.

Na dzień dzisiejszy planujemy wpłynięcie do fiordu Nassau w którym znajduje się lodowiec o tej samej nazwie. Tymczasem płyniemy po gładkiej wodzie i mijamy wejścia do różnych malowniczo wyglądających zatoczek. Wpływamy do Zatoki Lodowej (Icy Bay). Jak narazie lodu nie widać tylko z góry grzeje słońce. Ela komentuje i wspomina swoje rejsy statkami pasażerskimi do innego Nassau na wyspach bahamaskich.

Wreszcie po wpłynięciu do fiordu i zobaczeniu Lodowca w całej okazałości, filmując na video dodaje ona komentarz: „a oto preludium Nassau w wydaniu alaskowym".

Lody dookoła „Varsovii” stają się coraz gęstrze i większe. Mijamy w bardzo małej odległości dość dużą górę lodową. Ela po rejsie na dużym statku jeszcze nie jest oswojona z tak bliskim kontaktem z otaczającym jacht lodem. Co chwila zwraca mi uwagę żebym uważał i nie podpływał tak blisko. Ja w tym rejsie już zaliczyłem kilka lodowców i nabrałem doświadczenia oraz rutyny w tej dziedzinie.

Ela obserwuje co dzieje się dookoła i wybiera ciekawsze ujęcia do filmowania. Znowu nagrywa swój komentarz do filmu: „kapitan przejechał górę lodową i nawet nie zrobił dziury w burcie. Ja nie chcę kąpać się za burtą jak zrobi dziurę przy następnej górce”.

Pocieszam ją i zachęcam do kąpieli mówiąc: jak jesteśmy na wakacjach w Nassau i słońce dobrze grzeje to wypada przekąpać się. Na co ona nie wyraża zbytniego entuzjazmu ponieważ temperatura wody za burtą jest niewiele ponad zero stopni C. Nawet moja propozycja żeby ubrała się w kombinezon piankowy do nurkowania, nie zmienie jej decyzji.

Przeciskamy się przez kolejne góry i goreczki lodowe. Zbliżamy się do lodowca, który w oświetleniu słonecznym wygląda wyjątkowo okazale i malowniczo. Promienie słoneczne załamywane przez popękane zwały lodu tworzą niesamowite efekty wizualne. Podobnie jak podczas andrzejkowych wróżb i czytania z wylewanego do wody wosku, tutaj można „wróżyć” sobie z brył lodowych widzianych w zmieniającym się oświetleniu słonecznym.

Ela przypomina mi nasz poprzedni rejs „Varsovią” do Glacier Bay. Mówi, że ten lodowiec wprawdzie nie jast tak wysoki jak te widziane poprzednio ale widokowo jest piękniejszy.

Chcę dopłynąć jak najbliżej będzie to możliwe ale na kursie pojawia się zapora lodowa. Muszę ją jakoś ominąć. Płynąc na samosterze, rozglądam się dookoła i dla lepszej widoczności chodzę na dziób lub nawet wchodzę na dach nadbudówki.

W pewnym momencie stojąc na fordeku widzę, że znowu zbliżam się do coraz bardziej zagęszczającej się pływającej po wodzie kry. Dalej nie mogę płynąć jednym stałym kursem nastawionym na samosterze a Ela nie jest zbytnio zainteresowana ręcznym sterowaniem. Podziwia ona widoki, fotografuje lub filmuje i uważa, że to jest ciekawsze zajęcie w tym otoczeniu. Marek ma bardzo słaby wzrok tak, że nie może dobrze widzieć tych wspaniałych widoków. Tym bardziej nie jest w stanie obserwować i sterować wybierając drogę pomiędzy lodami. Stoi on w kokpicie, słucha naszych komentarzy i żywo reaguje swoimi uwagami.

Biegnę do kokpitu, odłączam samoster i dalej steruję ręcznie, w ten sposób sprawnie omijam lodowe przeszkody. Widzę, że przy brzegu jest woda czysta od lodu. Zmieniam kurs i płynę w tamtym kierunku. Dzięki temu udaje nam się przecisnąć bliżej czoła lodowca.

Ela stoi na dziobie, obserwuje lodowiec i mówi: „coś się tam łamie, slyszę ale nie widzę”. Jesteśmy już dość blisko tego łamiącego się lodu ale nie tak blisko, żeby mógł on spaść nam na pokład. Może nie byłoby to takie złe, bo mielibyśmy czym wypełnić nasz „ice box”.

Chcę dopłynąć jeszcze bliżej. Intensywnie obserwuję odczyt głębokośći na dwóch moich włączonych sondach. Uważam żeby nie zawdzić o spłycenie które może się tutaj znajdować.

W bliskiej odległości od lodowca zwykle jest pewne spłycenie, coś w rodzaju półki na dnie. Powstaje ona z kamieni, piasku i innych materiałow ziemnych pozostałych z powoli topniejącego i nie przesuwającego się zbyt szybko czas czoła lodowca. Jeżeli później lodowiec topnieje szybciej to jego czoło przesuwa się też szybciej. W wyniku tego za taką półką znowu jest obszar głębszej wody co daje możliwość dopłynięcia bliżej takiego lodowca. Porównywanie głębokości z mapami morskimi, nie ma żadnego sensu bo mapy, nawet te najnowsze nie pokazują aktualnej sytuacji lodowej. Tak jak pisałem wcześniej: „że lodowce, narazie są ale niedługo ich nie będzie, bo lodowce Alaski topnieją w zastraszającym tempie”.

Zbliżamy się do czoła lodowca tak blisko jak jest to możliwe, robimy dużo fotografie zbliżeń lodowca i niestety jest już czas na powrót. Po drodze obserwujemy drugi lodowiec Princeton, który znajduje sie w tym samym fiordzie. Nie robi on na nas takiego samego wrażenia jak wspaniały lodowiec Nassau, ponieważ nie dochodzi on już do poziomu wody. Obniżające się popołudniowe słońce nie daje już malowniczej gamy barw promieni odbijanych przez lód. Praktycznie, lodowiec ten widzimy już w cieniu wysokich gór.

Nasyceni wspaniałymi widokami oglądanymi wsześniej powoli oddalamy się od tych lodowców. Lawirujemy pomiędzy większymi lub mniejszymi górkami lodowymi i zwarta krą. Co chwila Ela ostrzega mnie żebym uważał i nie wpłynął na lodowe przeszkody.

Rozglądam się dookoła i wizualnie wybieram małe bryłki lodu, które mogą zmieścić się do naszego „ice box”. Następnie podpływam do nich i stwierdzam, że z dalszej odległości wydawały się one znacznie mniejsze. Są one często zbyt duże i nie ma szans żeby zmieściły się do mojej plastikowej skrzynki wyrzucanej na lince za burtę w celu wyciągnięcia ich na pokład.

 

Wybieram więc drobną sieczkę lodową, która lepiej wypełnia skrzynkę i jest łatwiejsza do upchania pomiędzy produktami żywnościowymi w „ice box”. 

Wyciągam też jedną większą bryłkę, która ledwo wchodzi do koszyka. Po wciągnięciu jej na pokład, Ela bierze ją do rąk i z zainteresowaniem ogląda. Ja filmuję to na video a ona komentuje:

 „Oto zabawka mająca tysiące lat; O! nawet coś tam jest w środku”. Ja dodaję, że to może metka sklepowa pozostawiona przez prehistorycznych sprzedawców. Ela sprawdza też swoim jezykiem, czy lód jest słony tak jak woda z której go wyciągneliśmy. Słona woda już dawno odpłynęła wraz z szybko topniejącym lodem i pozostał tylko przeźroczysty kryształ lodu dający gamę różnych kolorów. Wygląda on jak diament po oszlifowaniu który stał się brylantem.

Ta analiza i komentarze o tej bryłce lodu nie trwają zbyt długo ponieważ Eli zmarzły ręce i szybko kładzie ją na pokładzie. Za chwilę bryłka ta dopełnia do końca zaopatrzaenie lodowe naszego „ice box”.

Wypływamy z fiordu i za chwilę wpływamy pomiędzy stado tutejszej odmiany bobrów baraszkujących na i pod wodą. Nie boją się one i nie reagują na naszą obecność. Jednak płynąc wzdłuż jachtu utrzymują pewien dystans. Zachowują się one trochę inaczej niż delfiny lub orki, które zwykle ścigają się z płynącym jachtem i nurkują pod jego dnem, raz z jednej burty a za chwilę wynurzają się z drugiej.

Bobry te przy naszym zbliżeniu się do nich na odległość kilkunastu metrów zaczynają jeden przez drugiego nurkować pod wodę żeby za chwilę wynurzyć się znacznie dalej od jachtu. Jeżeli znowu płyniemy w ich kierunku i zbliżamy się na zbyt małą odległość, manewr ten ponownie powtarzają i oddalają się od nas.

Jest już czas na znalezienie kotwicowiska na zatrzymanie się na noc. Tym razem na tych wewnętrznych wodach nie ma z tym problemu. Jest kilka możliwości do wyboru. Wybieram najbliższe w zatoczce Jack Pot.

Przed wpłynięciem do niej spotykamy stado orek, które jak przystało na nie bawią się one nurkując pod dnem „Varsovii”. Prawdopodobnie są to moje stare znajome, które kilka dni temu, jak wypływałem z Prince William Sound, mniej więcej w tym samym rejonie baraszkowały przy mojej burcie.

O godzinie 21:18 w pięknie zachodzącym i chowającym się za wierzchołki gór słońcu, rzucam kotwice w zatoczce Jack Pot. Czas na dobrą kolację i podsumowanie dzisiejszych wrażeń. Niestety komary nie dają nam spokoju i musimy zamknąć zejściówkę i wszystkie okna na jachcie.

 

 

Podsumowanie doby:

Kotwiczenia: (w nocy) Elrington Isl.

i (wieczorem) Jack Pot Bay.

54,2 Mm. godzin żeglugi: 11,8

 

 

Poprzednie dni żeglugi - kliknij na odpowiedni dzień w kategorii: "DNI ŻEGLUGI"

 


Podziel się
oceń
1
0

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

O mnie

Jerzy Kuśmider

Jachtowy Kapitan 1975r. Działacz klubów żeglarskich w Warszawie (Pałac Młodzieży, PTTK Bryza, SKŻ PW) i PKM w Gdańsku. Absolwent Politechniki Warszawskiej 1976. Od 1977 na emigracji. Mieszka w Vancouver(Kanada) od 1981. Właściciel i budowniczy jachtu "Varsovia". Od 1985 roku, odbył liczne rejsy, głównie samotne po Pacyfiku, ok. 50 tys. Mm. Działacz polonijny. Autor książki: "Samotnie przez Pacyfik - "Varsovią" na Hawaje", oraz licznych publikacji w Kanadzie USA i Polsce.
e-mail: varsovia31@hotmail.com

O moim bloogu

Pamiętnik z samotnego rejsu po Pacyfiku z Vancouver na Alaskę. Następnie z rodzinną załogą do lodowców w rejonie "Prince William Sound" gdzie bardzo rzadko docierają jachty, nawet z graniczącej z Ala...

więcej...

Pamiętnik z samotnego rejsu po Pacyfiku z Vancouver na Alaskę. Następnie z rodzinną załogą do lodowców w rejonie "Prince William Sound" gdzie bardzo rzadko docierają jachty, nawet z graniczącej z Alaską Kanady oraz innych stanów USA. Amerykańskie jachty zwykle pływają po osłoniętych wodach wewnętrznych "Inside Passage", tylko do bezpieczniejszego rejonu południowo-wschodniej Alaski.

schowaj...

Polecane strony

PRYWATNA STRONA

REJS "VARSOVIĄ" NA HAWAJE

VANCOUVER